Być wolontariuszem

Być wolontariuszem

Gośkę przytulił tygrys, Kamil zobaczył musical o tańcu „Step-Up”, Maryla musiała zrobić zakupy dzieciom, a Kinga po prostu chciała pomagać. Niezależnie od tego, jak zaczęła się ich przygoda z wolontariatem, wszyscy oni są zgodni: to wciąga i zmienia sposób patrzenia na życie.  

NASI BOHATEROWIE

Gośka Zdziechowska. Ma 34 lata. Pochodzi z Lublina, ale od 10 lat pracuje w Warszawie. Kilka razy do roku wyjeżdża, by pracować na rzecz dzikich zwierząt. Była już kilkukrotnie w RPA. Najbardziej kocha tygrysy.

Kamil Dębicki. 28-letni tomaszowianin. Cztery lata temu zaczął uczęszczać na zajęcia taneczne, dzięki którym został wolontariuszem tanecznym. Praca na rzecz innych pozwala mu spełniać swoje marzenia.

Kinga Banot. Mieszka w Cieszynie. Od najmłodszych lat lubiła pomagać innym. W jej rodzinie to już tradycja. Ona sama zarejestrowała się jako legalny wolontariusz rok temu, bo wcześniej nie było to prawnie możliwe.

Maryla Podemska. Pielęgniarka z Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu. Po pracy w szpitalu zaczyna drugą, nieodpłatną w Fundacji Dzieci Żywionych Inaczej. Pomaga ciężko chorym małym pacjentom.  

Nasi bohaterowie należą do osób, które zdecydowały się choćby dorywczo zaangażować w bezinteresowną pracę na rzecz innych. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Stowarzyszenie Klon/Jawor, w 2013 roku w formalny wolontariat zaangażowanych było 18 proc. Polaków. Liczba ta od kilku lat utrzymuje się na podobnym poziomie. Wolontariusze swoje działanie opisują prosto: uzależnia, daje kopa energetycznego, pozwala spełniać marzenia.

Figle z lwami

34-letnia Gośka zawsze chciała pracować z dzikimi kotami, ale nie sądziła, że uda się jej spełnić to marzenie. Przełom nastąpił w Tajlandii, dokąd wyjechała z siostrą na wakacje. – Tygrys w jednym z ośrodków, który opiekuje się tymi zwierzętami (Tiger Kingdom), położył mi łapę na głowie, a potem się przytulił. To był jeden z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Trwał parę minut, ale zmienił wszystko, bo wtedy właśnie zrozumiałam, że chcę dla dzikich zwierząt zrobić więcej – opowiada. Kiedy wróciła do Polski, znalazła w internecie informacje o tym, gdzie i jak można pomagać. Pierwszy wyjazd był do Australii, do ośrodka zajmującego się ratowaniem zagrożonych gatunków. Przebywały tam koala, psy dingo oraz kangury.

Nie była to tania wyprawa, bo musiała zaoszczędzić nie tylko na bilet lotniczy, ale także na zakwaterowanie i wyżywienie na miejscu. Kolejnym celem była RPA. Tam już było łatwiej, bo spanie (we wspólnym domu dla wolontariuszy) oraz jedzenie gwarantowali właściciele ośrodków. Co jednak najważniejsze, były tam jej ukochane kotowate. – Wolontariat to ciężka fizyczna harówa. Sprzątanie klatek, przygotowywanie jedzenia, karmienie. A jednak wystarczy kilka momentów takich jak przytulanie małych lwów, które wynagradzają wszystko – mówi z pasją Gośka, która na co dzień pracuje jako dziennikarka w jednym z portali internetowych. Napęd do pracy daje także to, że można zrobić coś naprawdę pożytecznego dla zwierząt. Większość takich ośrodków funkcjonuje na bazie wolontariatu, nie mają funduszy, aby utrzymywać na stałe duży personel. Jednym z miejsc, które zapamiętała szczególnie, było Moholoholo w RPA, gdzie przyjmowane są zwierzęta, które nie poradziłyby sobie na wolności. Pomaga im się wrócić do zdrowia oraz uczy samodzielności, a następnie przystosowuje z powrotem do dzikiego życia.

Gośka opiekowała się tam osieroconą kilkumiesięczną żyrafą i nosorożcem. Matkę Olivii (nosorożec) zabili kłusownicy, a Gerald (żyrafa) wpadła w dziurę i matka go porzuciła. Karmiła je butelką z mlekiem, co nie zawsze było łatwe. Trudnością chociażby było to, że Gerald, choć jeszcze niemowlak, miał już dwa metry wzrostu. Bywało, że po jedzeniu niebezpiecznie wierzgał. Największą satysfakcję, że może realnie pomóc, Gośka miała jednak przy Ivy i Lily – odrzuconych przez matkę trzytygodniowych lwiątkach z innego ośrodka w RPA. Ivy nie dawano szans na przeżycie. Jednak wolontariuszka nie rezygnowała.

Karmiła zarówno Ivy, jak i Lily co kilka godzin: zaczynała przed piątą rano, a kończyła koło pierwszej w nocy. Jej zaangażowanie sprawiło, że Ivy przeżyła. Kiedy wyjeżdżała, oba lwiątka przypominały puszyste kulki, które zainteresowane były przede wszystkim snem i jedzeniem. Wyjazdy zawsze organizuje sama. Pisze bezpośrednio do danego ośrodka i przedstawia swoją propozycję. Zwyczajowo jako wolontariusz może przebywać w ośrodku od 2 tygodni do 3 miesięcy. Teraz przygotowuje się do kolejnego wyjazdu, bo nie ukrywa, że to uzależnia, a ona nie zamierza zrywać z tym nałogiem.

Kto zostaje wolontariuszem

Pomagać często zaczynają już gimnazjaliści, ale rzeszę ochotników zasila również duża grupa osób po sześćdziesiątce. Co ciekawe – jak twierdzą badacze GUS, którzy analizowali pracę non profi t – nie ma różnic w podziale na płeć. Praca wolontariacka kusi tak samo mężczyzn, jak i kobiety. Widać jedynie różnice w wykształceniu: częściej wolontariuszami zostają ludzie, którzy są lepiej wyedukowani. – Do pracy na rzecz innych angażują się rozmaite osoby. Nie ma znaczenia zasobność portfela czy zawód. Różnią się tylko powody, dla których zdecydowali się podjąć takie działanie – opowiada Marzena Brzęk, która koordynuje pracę wolontariuszy w hospicjum św. Łazarza w Krakowie. Niektórzy mają doświadczenie z chorobą, inni przeszli na emeryturę i chcą dobrze spożytkować wolny czas, a jeszcze inni robią to z ciekawości. Nie da się ocenić, czy ktoś zostanie na dłużej, bo bywa, że mimo ogromnych chęci rzeczywistość weryfikuje plany.

– Akurat przy takim wolontariacie trzeba mocnej psychiki. Kontakt z chorymi uczy pokory, ale też radości z prostych rzeczy. Przy tego typu działalności nawiązują się przyjaźnie i miłości. Mieliśmy nawet kilka ślubów osób, które u nas się poznały – mówi pani Marzena. I nie powinno to dziwić, kiedy spotykają się ludzie mający podobne spojrzenie na świat. To zbliża. Praca w hospicjum czy pomoc dzikim zwierzętom to tylko niektóre z możliwości pracy wolontariackiej, bo jest ich wiele: od działania w zorganizowanych strukturach, np. Caritasie czy WOŚP (jednych z największych organizacji bazujących na pracy ochotników), przez działanie w stowarzyszeniach, fundacjach, aż po pomoc dla najbliższego otoczenia.

Warto sobie w tym kontekście powiedzieć, czym tak naprawdę jest wolontariat, gdyż co do jego definicji istnieją spory. Bo czy pomoc rodzinie jest wolontariatem? Czy liczy się tylko praca zorganizowana przez instytucję, czy także dorywcza, niezinstytucjonalizowana? A jeżeli ktoś dostanie w zamian tabliczkę czekolady, czy nadal jest to pomoc bezinteresowna? Zgodnie z definicją zawartą w Ustawie o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie „wolontariusz to osoba fizyczna, która ochotniczo i bez wynagrodzenia wykonuje świadczenia, z których korzystają podmioty działające nie dla zysku”. Prościej zdefiniowali to jednak badani przez Stowarzyszenie Klon/Jawor Polacy, twierdząc, że wolontariat to nieodpłatna pomoc świadczona na rzecz innych ludzi, pozostających w potrzebie.

Pomoc w rytmie hip–hopu

Kamil Dębicki został społecznikiem przez przypadek. – Na studiach obejrzałem „Step- -Up”, amerykański musical, który sprawił, że zapragnąłem tańczyć – opowiada 28-latek z Tomaszowa. Dowiedział się, że są darmowe zajęcia nauki tańca w „Centerku”. Raz w tygodniu chodził na lekcje, przede wszystkim hip- -hopu i latino. Tam też po raz pierwszy zetknął się z wolontariuszami. – O „Centerku” opowiedział mi nasz instruktor Mariusz Kołodziejski, który jest także kierownikiem Punktu Pośrednictwa Pracy Wolontarystycznej Centerko działającego przy stowarzyszeniu „Pomost” – mówi Kamil.

Zdecydował się dołączyć do blisko 20-osobowego zespołu, który od lat umila czas tańcem łodzianom podczas różnych imprez, np. w ośrodkach opiekuńczo- -leczniczych. – Nie spodziewałem się, że taki występ może tyle zdziałać. Mamy świetną grupę zżytych ludzi, emanujących pozytywną energią i to się udziela. Kiedy przyjeżdżamy do domów pomocy społecznej, starsze osoby się ożywiają. To daje napęd do kolejnego działania – wyznaje. Robili też projekt w łódzkich świetlicach środowiskowych, pokazując dzieciom i młodzieży, że można ciekawie zagospodarować wolny czas. Dzieciaki tak się w to wciągnęły, że podczas zamknięcia projektu przygotowały pokaz mody i występy taneczne. – Radość tylko z tego powodu, że ktoś na nie zwrócił uwagę, że chce się dzielić z nimi wiedzą, robi niesamowite wrażenie. Odkryłem, że można po prostu odczuwać szczęście z tego, że się komuś pomaga – mówi Kamil.

Zaraźliwy entuzjazm

– Kiedy dowiedziałam się w pierwszej klasie gimnazjum, że od 13. roku życia można legalnie zostać wolontariuszem, skakałam z radości, bo właśnie tyle lat skończyłam. Jeszcze tego samego dnia pobiegłam do Centrum Wolontariatu „Być Razem” u nas w Cieszynie, żeby się zarejestrować. Wpadłam tam i powiedziałam, że chcę pomagać – opowiada z entuzjazmem 14-letnia dziś Kinga. Najpierw musiała przynieść zgodę rodziców, a potem przejść kurs. Od początku wiedziała, czego chce: pomagać dzieciom. Najpierw wzięła udział w miejskich półkoloniach w trakcie ferii zimowych. Przychodziła na 4 godziny dziennie i organizowała zabawy dla uczniów szkół podstawowych. Momentami było to wyczerpujące, ale radość podopiecznych wynagradzała trudy.

– One na to czekały, a te młodsze natychmiast przybiegały do mnie, by się przytulić – opowiada. Później zaczęła pomagać na stałe w domu samotnej matki „Słonecznik”, gdzie opiekowała się 7-letnim Kamilem i 5-letnim Rafałem. – Wychodziłam z nimi na pole, rysowaliśmy albo się wygłupialiśmy – tłumaczy. Organizatorzy z centrum wolontariatu nie mieli wątpliwości, że sobie poradzi, bo już widzieli ją w akcji. Teraz została dyrektorem ds. wolontariatu w swojej szkole, więc nie starcza jej już czasu na chodzenie do „Słonecznika”. Ale jak tylko może, odwiedza chłopców. Zachęca innych do bezinteresownej pomocy i przyznaje, że chyba nieźle jej to wychodzi, bo zapisuje się coraz więcej osób.

Nie tylko organizują zabawy z dziećmi, ale też pomagają tym, które mają problemy z nauką. – W przyszłości chcę pracować z trudną młodzieżą – mówi stanowczo gimnazjalistka. A jej mama kwituje krótko: – Oby było na świecie więcej takich osób jak Kinga. I ma rację, bo choć wydawałoby się, że kilka milionów Polaków działających na rzecz innych to dużo, to ich odsetek wciąż jest mniejszy niż w innych europejskich krajach. Z Eurobarometru przeprowadzanego w 2010 roku wynika, że w wolontariat angażowało się m.in. 38 proc. Irlandczyków, 29 proc. Niemców, 22 proc. Czechów. Polaków było wówczas 16 proc., a średnia UE wynosiła 24 proc. – Obecnie przynawiązują chodzi więcej osób, ale jest też większa rotacja – tłumaczy Marzena Brzęk z krakowskiego hospicjum. Wiele osób szuka swojego miejsca, często jeszcze nie wiedzą, co jest dla nich ważne. Są wolontariusze pracujący w hospicjum już 20 lat, ale też tacy, którzy rezygnują po kilku miesiącach.

Nadzieja na nowy dom

O tym, że nie zawsze bywa różowo, wspomina także Maryla Podemska, która od 8 lat prowadzi Fundację Dzieci Żywione Inaczej. Dla niej, pielęgniarki ze szpitala Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu, sprawa była prosta – zaczęła pomagać, bo była taka potrzeba, nie zastanawiała się nad tym specjalnie. – Dzieci nie mogły wychodzić ze szpitala, choć były już na to gotowe, bo nie było dla nich pomp żywieniowych. Oczywiście problemem był brak pieniędzy. Musiałam więc założyć Fundację, żeby te urządzenia kupować – opowiada. Działa razem z koleżanką. Choć często mają pod górkę – to w końcu praca na drugi etat bez wynagrodzenia – ciągle chcą robić więcej, bo nie brakuje osób, które potrzebują wsparcia. Fundacja udziela pomocy finansowej, np. kupując malutkie wygodne pompy, ale też psychologicznej.

Ponadto organizacja ta opłaca opiekunki, przychodzące do leżących miesiącami w szpitalu dzieci, których nikt nie odwiedza. A takich jest wiele. Niektóre na co dzień przebywają w domach dziecka, inne mieszkają na tyle daleko, że rodzice nie mogą przyjeżdżać zbyt często, ale są też i takie, które opiekunowie porzucają, dowiadując się o chorobie. Tym wszystkim dzieciom potrzebna jest świadomość, że jest ktoś, dla kogo są ważne, kto poświęca im czas i uwagę. Wtedy też czują się bezpieczne, szybciej się rozwijają, nabierają chęci do życia. – Stale poszukujemy wolontariuszy, kogoś, kto by przyszedł, poczytał książeczkę, porysował czy wyszedł na spacer – mówi pielęgniarka. Jednak osób, które chciałyby bezpłatnie pomagać przy dzieciach, wciąż jest zbyt mało. Dlatego trzeba płacić opiekunkom.

Ale oprócz problemów dnia codziennego zdarzają się wzruszające momenty, które sprawiają, że pani Maryla nieustannie wierzy w ludzi, ich dobroć i szlachetność. Kiedy jeden z dzieciaków – niespełna roczny Karolek, musiał wrócić do zakładu opiekuńczo-leczniczego, krajało jej się serce. Postanowiła znaleźć mu dom. – Zwierzyłam się koleżankom w pracy, że muszę znaleźć kogoś do małego. Wtedy moja koleżanka pielęgniarka powiedziała: „ja go wezmę” – opowiada założycielka Fundacji. I wzięła. Chłopak świetnie się rozwija. Byli też rodzice, którzy wzięli porzucone dziecko, które leżało w tej samej sali co ich syn. Teraz mają dwójkę dzieci żywionych pozajelitowo. Obecnie panią Marylę trapią losy czwórki innych osamotnionych dzieci, które przebywają na oddziale. – Przydałaby się pomoc. Czasem mały gest potrafi tak wiele zdziałać. A może zdarzy się cud i uda się im znaleźć kochający dom.

Klara Klinger  


WOLONTARIAT PRACOWNICZY

Zdobywa coraz większą popularność. Traktowany jako część elementu społecznej odpowiedzialności biznesu (CSR – corporate social responsibility). To działania społeczne pracowników, prowadzone przy różnorodnym wsparciu pracodawcy: finansowym (firma przeznacza środki na zakup materiałów potrzebnych do przeprowadzenia działań wolontariackich), logistycznym (pracodawca wspiera pracowników, np. oferując im dodatkowe ubezpieczenie czy dni wolne za wolontariat), rzeczowym (udostępnianie sal czy sprzętu), merytorycznym (osoby kompetentne w firmie doradzają, z kim i jak można współpracować) czy nawet psychologicznym (wsparcie psychologa, gdy wolontariusz przygotowuje się do pracy z osobami wykluczonymi społecznie). Wolontariat pracowniczy ma ogromną wartość. To często dzięki niemu pracownicy rozpoczynają przygodę z działaniami społecznymi. Poza tym pracodawca potrafi te działania wzmocnić czy zintensyfikować, oferując właśnie dodatkowe wsparcie.

Ewa Leśnowolska, menedżerka projektu Forum Odpowiedzialnego Biznesu  


18 proc. Polaków w 2013 r. zaangażowanych było w formalny wolontariat.

120 tys. ochotników zasiliło szeregi Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy podczas jej XX finału w 2012 roku.

Rok 2011 był ogłoszony przez Komisję Europejską Europejskim Rokiem Wolontariatu propagującym aktywność obywatelską.  


KIM SĄ SPOŁECZNICY?

Rozmawiamy z Katarzyną Korpolewską, psychologiem

Stereotypowo osoba, która chętnie bezpłatnie pomaga innym, kojarzy się z miłą starszą panią albo społecznikiem od urodzenia.
Są oczywiście i takie osoby. Bywają to jednak również pracownicy korporacji, którzy zarabiają całkiem sporo. Robią to dlatego, że odczuwają pustkę i szukają czegoś więcej. Są więc skłonni dopłacić do wyjazdu np. do Kambodży do pracy przy budowie szkoły. Dzięki temu poznają inną stronę życia, zmienia im się hierarchia wartości.

Mogliby czytać książki, pojechać na medytację, szukać wiary.
Pewnie i to robią, bo ludzie coraz częściej poszukują wartości, ale dla wielu taką wartością jest działanie, które pozostawia ślad po sobie. Takie osoby mają poczucie, że sama praca zawodowa im tego nie daje. Zarabiając dużo pieniędzy, pracując dla dużych firm, mają poczucie, że robią coś ważnego tylko dla firmy, ale nie jest to istotne społecznie. Dlatego chcą zrobić coś, co jest bezinteresowne. To pewien sposób samorealizacji.

Co im to daje?
Chcą się czuć potrzebni. Znam grupę kobiet w wieku dojrzałym, które odchowały dzieci, zdarza się, że po rozwodach, które w poszukiwaniu sensu i przykrycia pustki właśnie rozpoczęły przygodę z wolontariatem. Wykształcone, zamożne, aktywne zawodowo. Jedna z nich, prawniczka, postanowiła, że 4 godziny tygodniowo poświęci na udzielanie bezpłatnych porad prawnych. Spraw zaczęło być coraz więcej. W końcu przeszła na 4/5 etatu, a resztę poświęciła na pracę wolontariacką. Ważne jest to, że czują się potrzebne. A to uczcie, które naprawdę jest kluczowe.

Wiele osób przyznaje szczerze, że tak za darmo to im się nie chce pracować...
Pieniądze stanowią tylko narzędzie umożliwiające nam utrzymanie się przy życiu. Przy działaniu charytatywnym mogą działać demotywująco: izraelscy naukowcy zrobili badanie i podzielili młode osoby na dwie grupy wolontariuszy, zbierających cegiełki na rzecz wsparcia biednych rodzin. Ci, którzy mogli zarobić procent od liczby sprzedanych cegiełek, sprzedali ich mniej niż ci, co pracowali za darmo. Pieniądze zabezpieczają podstawowe potrzeby, ale ludziom trzeba więcej. Chociażby uznania, poczucia satysfakcji czy zobaczenia dobrych efektów swoich działań.

Każdy może zostać wolontariuszem czy trzeba mieć duszę aktywisty?
Każdy ma jakiś potencjał, który można wykorzystać i warto odkryć. Znam kobietę, która poszła do hospicjum, ale przyznała, że boi się przebywać bezpośrednio z chorymi, jednak chciałaby się jakoś przydać, więc może sprzątać. Przychodziła dwa razy w tygodniu, a potem się wciągnęła i zaczęła pomagać pacjentom.

Sonda

Zmieniłam naturalny kolor włosów na: