Trening czyni mistrza

Trening czyni mistrza

O tym, kiedy i jak zacząć uczyć dziecko oszczędzania, rozmawiamy z Miłoszem Brzezińskim, coachem i konsultantem biznesowym.  

Ziarnko do ziarnka – uzbiera się miarka, mówimy z przekonaniem, wierząc, że ludowa mądrość ma swoje uzasadnienie w prawach ekonomii. Nie tylko w czasach, gdy wielu z nas ma mieszkanie czy auto na kredyt, rozsądne gospodarowanie pieniędzmi jest w cenie. Przydaje się także na co dzień, choćby w programowaniu domowego budżetu. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Cóż z tego, że wiemy, iż powinniśmy odkładać 10 proc. miesięcznych dochodów, skoro wydatków mamy coraz więcej? Jeśli więc znamy zasady, a mimo to mamy trudność z zastosowaniem ich w życiu, tym większą wartość ma wczesna edukacja naszych pociech.

Dużo mówi się dziś o tym, że warto uczyć oszczędzania od najmłodszych lat. Nie chodzi tu chyba tylko o sam nawyk odkładania pieniędzy?

Bardzo dobre pytanie. Oczywiście, że nie. Chodzi na przykład o tak zwane odraczanie nagrody, czyli umiejętność dostrzegania faktu, że oczekiwanie to połowa przyjemności. To naprawdę bardzo przydatna umiejętność nie tylko jeśli chodzi o pieniądze, ale także szczęście w życiu w ogóle. „Najpierw skonsumuję, potem będę spłacał” to jedna z najbardziej depresjogennych strategii, jakie w życiu można przyjmować. Inna rzecz to rozmowy z dzieckiem o tym, czym pieniądze w ogóle w życiu są i o czym świadczą. Dzieci mogą mieć poczucie, że jeśli ktoś jest biedny, to pewnie jest jakiś gorszy. Albo odwrotnie, że lepiej mieć tatę, który się ze mną bawi, niż bogatego tatę, który nie ma dla mnie czasu. Jedno z drugim nie ma związku, choć jest nośną wymówką. Warto też, by rodzice nauczyli się do znudzenia powtarzać komunikat: „Bez względu na to, co się dzieje z twoimi pieniędzmi i co z nimi robisz, możesz być pewien, że zawsze jesteś wart miłości i należysz do naszej rodziny”.

Kiedy warto zacząć naukę oszczędzania? I od czego ją zacząć?

Kiedy dziecko ma 5-6 lat. Okazją są najczęściej te zakupy, które mamy do zrobienia regularnie. Ale powiem wprost: maluchy i tak najbardziej korzystają z tego, jacy my jesteśmy, a nie z tego, co wiemy o idealnym rodzicielstwie. Po pierwsze więc, mówmy im to, co sami o pieniądzach myślimy i co umiemy z nimi zrobić. Jeśli jeszcze nie jesteśmy zadowoleni ze swojej umiejętności zarządzania nimi, pokażmy, że jak się czegoś nie umie, to się człowiek dowiaduje, pyta, próbuje sobie poradzić. Można założyć wspólne skarbonki i wpłacać kieszonkowe, które dziecko może wydać. Możemy mu wtedy radzić, zgodnie z naszą wiedzą, ale powinniśmy mu parę razy dać szansę spłukać się do dna, żeby musiało czekać na przykład tydzień na kolejne kieszonkowe.

Jest ryzyko, że zakupy staną się koszmarem…

Rozsądku małych dzieci nie należy wystawiać na próbę i nie prowadzać do sklepu, żeby celowo nauczyć je powstrzymywania się. Sklep jest zbyt silnym produktem marketingowym dla maluchów, a ich wola za słaba. Dzieci są chodzącymi kulkami emocji. Poza tym wystawianie się na pokusy i próba dawania im odporu to najgorszy sposób trenowania silnej woli. Niech ta skarbonka sobie jest i życie sobie idzie. Jak będzie okazja porozmawiać o zakupach, to porozmawiamy. Pieniądze dla dzieci są niemal magiczne i one bardzo chcą je zrozumieć. Wiedzą, że posiadanie to źródło mocy. Zadają więc pytania. Czy lepiej kupić? Czy może lepiej bez końca oszczędzać i nic nie wydawać? A jeśli oszczędzać trochę, to ile? Czemu wujkowie mają wielki dom, a my nie? Czy jesteśmy biedni? Czemu nie mogę mieć terrarium? Dlaczego mam szanować nauczyciela, skoro on zarabia tak mało? Czemu nie dałaś pieniędzy panu, który o nie poprosił? Nie są to proste pytania, ale wielu z Państwa ma swoją mądrość życiową i jestem przekonany, że dzieci są jej bardzo ciekawe. Jedyne, co mogę polecić, to na każde tego typu pytanie najpierw odpowiedzieć: „A czemu pytasz?” – to powie więcej o motywacji dziecka i da nam czas na wymyślenie odpowiedzi.

Inny trening zastosujemy wobec kilkulatka, inny wobec nastolatków. W sklepach dostępne są np. planszowe gry ekonomiczne. To dobry pomysł?

To jest w ogóle dość celne pytanie. Zacznijmy od tego, że od dwunastego roku życia dziecka zaczyna się dla rodziców naprawdę ciężki okres. Z dnia na dzień ich wpływ na życie potomka maleje, rośnie natomiast drastycznie wpływ rówieśników. W pewnym momencie więc po prostu nie ma co się siłować z biologią. Mózg ulega dezorganizacji, przebudowując się z czegoś, co chce być posłuszne, do czegoś, co ma być samodzielne. Musimy jako rodzice to przetrwać. Pierwszą rzeczą, którą można zaproponować, lub stroną, w którą można skierować młodego nastolatka, jest więc… towarzystwo rówieśników, którzy nie traktują pieniędzy jako czegoś kluczowego dla szczęścia, a swobodnie o nich rozmawiają i próbują sobie poukładać wiedzę na ich temat. Tu uwaga – nie ma to związku z majętnością ich rodziców – wiara w to, że jak ktoś biedniejszy, to miły, a jak bogaty, to snob, nie znajduje żadnego potwierdzenia w badaniach. Jeśli chodzi o modele i gry planszowe, są zawsze dobrym rozwiązaniem, bo to idealny pretekst do rozmowy. Dodam jednak, że zarówno w przypadku małych dzieci, jak i nastolatków pozytywny przykład działa o wiele lepiej niż negatywny. W przypadku bajek więc nie: „Jasio wydał wszystko i umarł z głodu”, ale np.: „I Jasio zaoszczędziwszy, zrozumiał, że nie kwota na jego rachunku jest najważniejsza, ale to, żeby mieć czas na zabawę z rodzicami i to, czy pomaga rodzinie”. Dzieci lepiej przenoszą dobre przykłady niż złe. Inne pozytywne dla nastolatków metody obejmują „zabawy”, które są nieco drastyczne. Niestety, żeby dotrzeć do nastolatka, trzeba trochę fajerwerków. Na przykład, wypłacenie całego miesięcznego budżetu domowego w bankomacie, rozłożenie na stole i przejście z dzieckiem przez jeden dzień procesu płacenia za wszystkie stałe wydatki domowe. Można też co miesiąc wołać dzieci, żeby wciskały potwierdzenie przelewu za wszystkie zajęcia, za które rodzice płacą. Jeśli dziecko jedzie na kolonię, obóz, ma płacone za szkołę albo naukę śpiewu – powinno o tym wiedzieć, znać kwotę i pamiętać. Nie dla robienia wyrzutów, ale dla nauki pamiętania, że podczas planowania budżetu domowego trzeba to „ziarnko do ziarnka” umieć dodawać i ma to swoją wartość, o którą trzeba dbać. Dzięki temu na przykład czasem dzieci zrezygnują z obiadu w „wesołej restauracji”, żeby odłożyć parę złotych na wyjazd do Disneylandu. Podobnie w czasach trudnych. Jeśli nie rozmawiamy z dzieckiem o tym, że tata albo mama właśnie stracili pracę, zaczyna dochodzić do własnych wniosków („Rodzice mnie znielubili, bo nic mi już nie kupują”). Warto porozmawiać i wytłumaczyć, że odpowiednia decyzja to nie zawsze łatwa decyzja.

Co Pan sądzi o dość powszechnym wśród rodziców zwyczaju płacenia za wykonywanie domowych obowiązków lub za dobre oceny w szkole?

Tu akurat wiadomo, że nie jest to dobry pomysł. Nawet jeśli krótkoterminowo jest skuteczny. Długoterminowo powoduje powstanie postaw egocentrycznych. Zdecydowanie lepiej jest motywować dzieci słowami: „W naszej rodzinie wszyscy pomagają w utrzymaniu porządku”, natomiast w przypadku lekcji: „Bardzo nam (rodzicom, opiekunom, rodzinie) pomożesz, jeśli będziesz się dobrze uczył”. Te dwa sformułowania długoterminowo budują o wiele lepsze podejście niż pieniądze. Dodam jeszcze – bo być może nie jest to oczywiste, że przenoszenie na rodzinę modeli kapitalizmu (płacenia, rozliczania się, kto ile wkłada, ustalania celów etc.) nie kończy się dobrze. Mamy takie nawyki z pracy i znów – na pierwszy rzut oka – wyglądają na dobry pomysł. Niestety, badania pokazują, że lepiej traktować rodzinę jak socjalistyczny system. Czy nam się to podoba, czy nie, rodzina to nie jest firma. ? Rozmawiała Anna Zarębska-Tutak  

 


NASZ EKSPERT: Ryszard Petru, doradca finansowy, przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich.

 

To już druga edukacyjna książka napisana przez Pana i Grzegorza Kasdepke (pierwsza: „Pestka, drops, cukierek. Liczby Kultury” ukazała się w 2012 roku – przyp. red.). Dobrze się Panom pracowało? Co z  Pana punktu widzenia było w tej współpracy najcenniejsze? 
Najważniejsze było wspólne zrozumienie celu, w jakim piszemy. Chodziło o to, aby podstawowe pojęcia ekonomiczne, te z życia, stawały się naturalnym elementem naszego języka. Aby nie były obce, niezrozumiałe czy groźne. Przez ponad 40 lat komunizmu te właśnie elementarne terminy ekonomiczne zniknęły z naszej codziennej komunikacji. Nie chodzi więc o to, aby dzieci „uczyć ekonomii”. Nie jest to też propozycja długofalowych zmian w systemie edukacji. Nie chcieliśmy dzieci zanudzić, lecz pokazać im, że ekonomia to element naszego życia, i je z nią oswajać. 

Do kogo bardziej skierowana jest publikacja: do rodziców czy dzieci?
Do obu grup. Przecież to rodzice często czytają dzieciom. A niejednokrotnie jest tak, że sami (mam taką nadzieję) chętnie zerkają na znajdujące się w książce definicje.

Jak Pan zatem ocenia wiedzę ekonomiczną Polaków? 
Dobrze nie jest. A wynika to po części z panującego w naszym kraju postkomunistycznego przekonania, że o pieniądzach się nie rozmawia. Że dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach. Efekty widać zarówno po takich aferach jak Amber Gold, jak i wtedy, kiedy politycy – wykorzystując niewiedzę – wciskają nam, delikatnie mówiąc, nieprawdę. W krajach takich jak USA czy Wielka Brytania nie zdarza się, by ktoś inwestował swoje pieniądze w nieznany produkt. U nas tak. Dlatego wiele osób podejmuje ryzyko, nie będąc go w ogóle świadomym. Pieniądze to nieodłączny element naszego życia i tak powinny być traktowane. Nie róbmy z nich bożka, ale też nie udawajmy, że nie istnieją.

Kiedy, Pana zdaniem, warto rozpocząć edukację ekonomiczną pociech? I od czego ją zacząć?
Edukacja taka powinna być naturalnym procesem – ważne, aby nie zanudzić i nie skomplikować. Najlepiej uczyć więc przy okazji. W szkole wiedza taka powinna być przemycana w formie zadań z matematyki, w których zamiast abstrakcyjnych pojęć pojawiają się te ekonomiczne. W ten sposób jeśli w piątej klasie dzieci poznają pojęcia hipoteka, depozyt czy notowanie roczne, siłą rzeczy w klasie szóstej znajdą w podręczniku termin procent składany. Nauka na konkretach wydaje się efektywniejsza.

Czy gromadzenie tytułowych zaskórniaków to dobry sposób na przyzwyczajenie najmłodszych do myślenia w kategoriach przedsiębiorczości?
Pewnie, że tak. Najlepszą formą nauki jest działanie w praktyce. Osobiście jestem gorącym zwolennikiem oszczędzania, choć oczywiście nie za wszelką cenę i nie kosztem niezbędnych codziennych wydatków czy inwestycji w edukację. Jednak myślenie „wydamy, co mamy” jest niewłaściwe. Oszczędności są przecież po to, żeby można było inwestować. System ten działa następująco: mam oszczędności, wkładam je do banku, bank pożycza innym, którzy chcą inwestować i biorą kredyt. To jest jedna strona medalu. Druga jest taka, że dziecko, które ma lat kilka i zaczyna oszczędzać, za lat 15-20, chcąc kupić mieszkanie, nie będzie w stanie zrobić tego z oszczędności i będzie musiało wziąć kredyt. Ale przynajmniej będzie miało wkład własny.

Na szczęście obecnie dostępnych jest tak wiele różnorodnych produktów finansowych, że można oszczędzać, a przy tym nie zniechęcać się brakiem rezultatów…
Oczywiście, musimy oszczędzać tak, żeby się nam opłacało. Odkładanie konsumpcji w czasie musi mieć też swoją cenę. To, że nie wydaję teraz, powinno mi dać więcej w przyszłości. Niestety, nadal dziesięć procent najbiedniejszych Polaków wydaje więcej, niż ma. A przecież można wybierać spośród różnych klas aktywów – w zależności od swoich możliwości i wiedzy. Trzeba mieć odłożone pieniądze na czarną godzinę, ale także na wspomniany wkład własny itd. Powinien to być element naszej naturalnej zapobiegliwości.

Wiele osób nie ma zaufania do instytucji finansowych. Starsi, pamiętający wojnę, mówią czasem: Nie odkładaj nic na później, żyj chwilą. Jak przekonać niedowiarków?
Trzysta lat rozbiorów i 40 lat komunizmu, który rozkradł nam wszystkie oszczędności, zrobiły swoje. Dlatego rozumiem brak wiary w długoterminowe lokowanie pieniędzy. Natomiast doświadczenie demokracji zaawansowanej wskazują na coś zupełnie innego: ci, którzy nie oszczędzają, przegrywają. Historia nam nie pomaga, ale młode pokolenia nie powinny być nią spaczone.

Seria, w której ukazała się książka, nosi nazwę Liczby kultury. Z perspektywy ekonomisty i doradcy finansowego rzeczywistość układa się zapewne wyłącznie w matematyczne algorytmy.
Gdyby tak było, wszystko byłoby proste. Algorytmy algorytmami, a w ekonomii mamy do czynienia także z czynnikiem ludzkim. Nieprzewidywalnym. Nie wspominając o decyzjach politycznych. ?

Rozmawiała Anna Zarębska-Tutak  

Sonda

Zmieniłam naturalny kolor włosów na: