fot. Radosław Nawrocki/Forum

Ta pani od miłości - wywiad

Ona wyprzedzała swoje czasy pod każdym względem – mówi Magda Boczarska o granej przez siebie słynnej seksuolożce. film sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej właśnie wchodzi na ekrany kin.

Jak się gra "tę panią od seksu"?

Tak samo jak inne postacie, różnica polega na tym, że Michalina Wisłocka była absolutnie wyjątkową i nietuzinkową osobą. Była przodowniczką w wielu sprawach, ale przede wszystkim prekursorką walki o kobiecą naturę w Polsce. Faktycznie mówiono na nią „pani od tych spraw”, choć ona na pewno wolałaby, gdyby mówiono na nią „ta pani od miłości”.

Wisłocka często podkreślała, że owszem, mówi o seksie, ale robi to wszystko dla dobra rodziny. W filmie pada nawet takie zdanie „żeby ludzie się nie zdradzali”.

Zawsze walczyła właśnie o szczęście rodziny i dla niej sprawy seksu nie były obiektem taniej sensacji. Były ściśle związane z miłością dwojga ludzi. Ona chciała po prostu pomagać ludziom.

Czy zagranie Wisłockiej było dla pani wyzwaniem?

To fantastyczny materiał do pracy, ogromny zaszczyt i wielka frajda, bo naprawdę nieczęsto dostaje się tak ciekawe zadanie. Dla aktorki nie ma nic ważniejszego niż taka przygoda, niż przejście takiej metamorfozy i zagranie tak złożonej postaci. Takiej kobiety! Która przede wszystkim jest podmiotem, a nie przedmiotem. Wisłocka wyprzedzała swoje czasy pod każdym względem, co więcej, myślę, że nasze także.

Aż dziwne, że przez te wszystkie lata nikt wcześniej nie wpadł na pomysł nakręcenia filmu o niej.

To jest wręcz doskonały moment, bo rola kobiety przez cały czas jest deprecjonowana i choć od wydania książki minęło prawie 40 lat, wciąż jest o co walczyć.

Czy przygotowując się do roli, miała pani okazję czytać pamiętniki Wisłockiej?

Korzystałam głównie z biografii Violetty Ozminkowski, która opiera się na jej zapiskach, taki zresztą był też wybór córki pani Michaliny, która poświęciła mi dużo czasu. W pracy nad rolą pomagał mi również jej uczeń, profesor Zbigniew Izdebski. I to w zupełności wystarczyło mi do zbudowania roli.

Jaką Michalinę Wisłocką zobaczymy na ekranie?

Każdy zna ją jako charyzmatyczną panią, która wydała przełomową książkę, udzielała wywiadów w telewizji i nie bała się mówić, co myśli. Mało kto wie, kim była, zanim tę książkę wydała, i co doprowadziło do jej publikacji. Jak sama mówiła: „ślepy o kolorach nie napisze”. Miała więc bardzo barwny i trudny życiorys. Przez wiele lat otwarcie żyła w trójkącie, który sama zainicjowała, i chociaż często bywała nieszczęśliwa, umiała walczyć o swoje życie i głośno mówić, czego potrzebuje. Chcieliśmy oczywiście opowiedzieć historię książki i walki o prawo kobiet do szczęścia, ale też pokazać życie samej autorki, które było tak interesujące, że materiału starczyłoby na więcej niż jeden film.

Na jakim okresie życia się skupiacie?

Zaczynamy w momencie, kiedy Michalina Wisłocka ma 18 lat, kończymy, gdy ma ich 55. Akcja filmu podzielona jest na trzy okresy: lata 40., 50. i 70. Niesamowite jest to, że opowiadając o kobiecej emancypacji, o prawie kobiet do orgazmu, opowiadamy przy okazji historię kobiety w jej drodze do szczęścia,
miłości i do pogodzenia się ze sobą. To opowieść o dojrzewaniu, o stawaniu się kobietą na wielu różnych poziomach.

Paradoksalne jest to, że pokazywała innym kobietom, jak osiągnąć szczęście prywatne, a jej samej się to nie udało.

To prawda, ale ona była z tym pogodzona. Często powtarzała, że to jest bardzo długi proces, żeby dwoje w tym samym momencie doszło do szczęścia i do tych samych pragnień. Całe jej życie nauczyło ją tego, jak ważne jest, żeby się seksualnie zgrać z partnerem, dlatego też powstała ta książka. Wielkim nieszczęściem jest bycie niedobranym i ona uczyła, jakie są tego przyczyny, co z tym trzeba robić i w którym momencie trzeba sobie powiedzieć, że taką walkę należy odpuścić.
Niesamowite, że w czasach, kiedy o seksie się nie mówiło, albo mówiło się wyłącznie językiem oschle naukowym, ona żyła w sposób, który nawet dziś mógłby być trudny do zaakceptowania. Myślę, że dziś byłaby wręcz wyklęta. Wtedy, gdy ten trójkąt funkcjonował, czyli w latach 50., niedługo po wojnie, ludzie na wszystko patrzyli trochę inaczej. Oczywiście, nie było na to przyzwolenia. Ale kobiet było więcej, mężczyzn mniej i rzeczy, które dziś wydają nam się dziwne, wtedy mogły uchodzić za normę. Później zresztą wybuchła rewolucja obyczajowa lat 60., której pokłosie również w filmie pokazujemy. Dziś Wisłocka na pewno nie mieściłaby się w żadnych normach ze swoją poligamią.

Na pewno trafiłaby za to na Pudelka.

Z pewnością tak, bo była nietuzinkowa pod każdym względem: życia prywatnego, poglądów, a także stylu i wyglądu.
 

"Dziś Wisłocka nie mieściłaby się w żadnych normach ze swoją poligamią."

W PRL-u, który jawi nam się jako szary i przygnębiający czas, Wisłocka uparcie nosiła kolorowe, wzorzyste ubrania i charakterystyczną chustkę na głowie.

Wyróżniała się z tłumu. Sama sobie te rzeczy wymyślała i szyła. Zawsze podobała się sobie i uważała, że wygląda świetnie. Miała dużą asertywność na to, co inni o niej mówią. Chociaż, z drugiej strony, nie umiała odmawiać mężczyznom, których kochała. A kochliwa była bardzo…

Czy odwagę w stylizacji miała od zawsze?

Nabrała jej z czasem, w latach 60. i 70., w miarę jak zyskiwała pewność siebie, choć my kojarzymy ją z wystąpień publicznych, z czasów, gdy ten wizerunek był już w pełni ukształtowany. To była barwna postać, a jej bogate wnętrze rzutowało na sposób, w jaki się ubierała. Myślę też, że w tamtych czasach każdy szukał choć trochę koloru, ale ona miała odwagę, żeby wyróżniać się z tłumu. W ten sposób rekompensowała sobie też niepowodzenia w życiu miłosnym.
To, jak wyglądała, jest również spójne z tym, co myślała o seksie – mówiła, że seks to zabawa i radość we dwoje, a jej styl noszenia się pokazywał, że potrafiła korzystać z życia w każdy możliwy sposób. Radość to było jedno z jej ulubionych słów.

Noszenie tych strojów dawało jej dużą frajdę?

Oczywiście, to były oryginalne tkaniny, piękne kostiumy. Gdy robi się taką fabułę, trzeba dbać o detale, dlatego wielka tu zasługa Ewy Gronowskiej, kostiumografki, która perfekcyjnie odtworzyła te stroje. Natomiast fizycznie było to dla mnie bardzo trudne do zniesienia. Miałam na sobie specjalny pogrubiacz, wiele warstw odzieży uszytej z tkanin, które nie oddychają. Do tego dochodziła niełatwa charakteryzacja i jeszcze kręciliśmy zdjęcia w wyjątkowo ciepłym maju zeszłego roku, przy trzydziestu stopniach w cieniu…

"Nosząc barwne i oryginalne stroje, Michalina Wisłocka rekompensowała sobie niepowodzenia w życiu miłosnym."

Jak dużą wagę przykładano do dbałości o stronę wizualną filmu? Pracowały nad nią głównie kobiety: Olka Osadzińska, Ola Niepsuj, Sonia Szóstak, wspomniana już Ewa Gronowska.

Na wielu etapach powstawania tego filmu przewijały się przezeń niezwykłe kobiety, choć nie było to wcale zaplanowane. Czuć było dobrą, kobiecą energię. Reżyserka Marysia Sadowska specjalizuje się w biografiach silnych pań. To, że nad filmem pracowało tyle fajnych dziewczyn, to naturalna kolej rzeczy w jej przypadku. Sztuka kochania jest w zasadzie obrazem kostiumowym.
Nasza filmowa podróż ciągnie się przez dekady. Obserwujemy nie tylko, jak zmienia się nasza bohaterka, ale i to, jak zmienia się polska obyczajowość, jak zmieniają się wnętrza mieszkań, design, ubrania. I jak zmienia się Warszawa. Wszystkim nam zależało na wiernym, ale też naturalnym oddaniu kolorytu tamtych lat. Począwszy od scenografii, aż po plakaty. Stąd tyle specjalistek.

Czy gdyby ten film nakręcił mężczyzna, akcenty byłyby rozłożone podobnie?

Moim zdaniem byłby to zupełnie inny film. To jest jednak kino kobiece, w sensie pewnej sensualności, rozgrywania emocji, pokazywania niuansów, które, być może, wychwyci tylko kobieta.

Czy to film tylko dla kobiet?

Absolutnie nie. To nie komedia romantyczna ani letnia, lekka biografia. Mamy tu do czynienia z niełatwą, ale uniwersalną historią o uczuciach i spełnianiu marzeń. To film dla tych, dla których miłość jest niezbędnym czynnikiem do codziennego funkcjonowania.

Wisłocka była feministką?

Nie cierpiała tego słowa, ale naturalnie, że była feministką, gdy się spojrzy na to, czego dokonała. Jednak w tamtych czasach feminizm postrzegano jako walkę z mężczyznami, a ona uważała, że można, walcząc o kobiety, nie stawać przeciwko drugiej płci. Uważała jednak, że to mężczyzna konstytuuje kobietę i że dopiero razem tworzą pełnię.

Czy dzisiaj byłaby feministką? Wyszłaby z parasolką na ulicę?

Jestem o tym przekonana! Szłaby w pierwszym rzędzie i jeszcze by tą parasolką wymachiwała.