Omenaa Mensah
fot. Vanessa Mensah

Będę sięgać gwiazd

Właśnie wróciła z Ghany, gdzie jej fundacja buduje szkołę dla dzieci ulicy. Jest pełna dobrej energii i choć się z tym nie afiszuje, ma serce szeroko otwarte na potrzeby osób dyskryminowanych. Nie tylko w Afryce. O tym, jaką satysfakcję daje pomaganie i że warto troszczyć się o miłość, rozmawiamy z Omeną Mensah.

Kilka godzin temu wylądowała Pani w Polsce. Jaka była ta podróż? Od ostatniego Pani pobytu w Ghanie minęły dwa lata…

Na początek powiem, że było mi bardzo ciężko z tym, że przez tak długi czas nie mogłam tam wrócić. Dlatego ten wyjazd był dla mnie bardzo emocjonalny. Ale był też wyjątkowy, bo pojechał ze mną mój mąż, który mocno wspiera zarówno mnie, jak i samą fundację.

To był cudowny czas. Mieliśmy świetne przywitanie. Rzadko o tym mówię, bo mnie to bardzo wzrusza, ale tuż po przyjeździe dzieci pytają: Kiedy wyjeżdżasz? Bo chcą od razu wiedzieć, ile potrwa ten fajny czas. Zawsze przywożę prezenty, zabawki, słodycze, ale dla nich to jest świąteczny przerywnik w codzienności.

W Ghanie była z nami też aktualna Miss Polonia Milena Sadowska. Biuro tego najważniejszego konkursu piękności w Polsce, który w tym roku obchodzi 90-lecie istnienia, aktywnie zaangażowało się w pomoc przy budowie szkoły. Milena poznała naszych podopiecznych i realia życia w Ghanie. Zdążyliśmy nawet zrobić charytatywną sesję zdjęciową z koszulami projektu Macieja Zienia, które do sprzedaży trafią w listopadzie.

 

Można powiedzieć, że wyjazd miał rodzinny klimat.…

Tak, bo pojechała z nami także moja córka Vanessa, która jest fotografką i wolontariuszką. Została teraz w Ghanie, żeby pomagać i opiekować się dziećmi. Na miejscu robi też zdjęcia, co jest jej wielką pasją. Zaraziłam pomaganiem całą rodzinę (śmiech).

 

To się przekłada się na pozytywną energię fundacji i wygląda na to, że pomaganie angażuje coraz większą część Pani czasu. Czy to jest kierunek, w którym chce Pani zmierzać?

To jest pasja, coś, co daje mi frajdę, a przy okazji mogę sprawiać przyjemność innym. Skoro postawiłam sobie za cel, żeby spełnić marzenie tych dzieciaków, a jestem po ekonomii i wiem, jak to zrobić, to w sposób elegancki staram się dotrzymać słowa. A samo proszenie o pieniądze nie jest skuteczne. Dlatego postanowiłam wykorzystać swoje umiejętności marketingowe i wizerunkowe, by przyciągać dobrych partnerów i zrealizować swój cel.

Omenaa Mensah
fot. Vanessa mensah

Wróćmy do projektu edukacyjnego w Ghanie. Kiedy trzy lata temu udzielała Pani „Skarbowi” wywiadu, prace w Temie były na zupełnie innym etapie. Jak wiele się przez te trzy lata wydarzyło?

Przede wszystkim rozpoczęliśmy budowę szkoły. To jest naprawdę duży obiekt i bardzo znaczący projekt, nie tylko na warunki afrykańskie. Poza edukacją, która jest naszym pierwotnym celem, w ośrodku prowadzonym przez salezjanów przebywają dzieci ulicy. To są dzieci pochodzące z handlu, dzieci, które niewolniczo pracują, zamiast się uczyć, dzieci molestowane, których los nie oszczędzał. Nic więc dziwnego, że są tak szczęśliwe, kiedy mogą pobyć w tym miejscu choćby przez dwa lata. To, czego im w tej chwili brakuje, to właśnie szkoła. Stąd moje mocne postanowienie stworzenia dla nich miejsca, w którym nie tylko będą miały możliwość uczenia się, ale przede wszystkim zdobycia szansy na lepsze jutro, bo dzięki wykształceniu, w dorosłym życiu będą miały szansę na dobrą pracę.

 

Na zdjęciach dzieci są roześmiane, beztroskie, zadowolone. Te obrazy nie pokazują, w jak okrutny sposób potraktował je los.

Kodjo nie miał nawet pięciu lat, gdy trafił do salezjanów, a wcześniej bardzo ciężko pracował jako rybak. Issi ma osiem lat, jest w ośrodku od trzech miesięcy, zajmowała się patroszeniem ryb. Jeden z chłopców został sprzedany do pracy za 50 Ghana cedi, czyli równowartość 50 zł. To są historie dramatyczne, ale ja nie chcę fundować ludziom traum. Jeśli mają wystarczająco dużo serca i odwagi, by zaufać mi, że naprawdę warto pomagać, to są moimi przyjaciółmi. A nasze zdjęcia są kolorowe, optymistyczne, bo pokazują dzieci takie, jakimi chcemy, żeby dzięki naszej pomocy były.

 

Nie lubi Pani epatować drastycznymi obrazami…

Kiedy jechałam pierwszy raz do Ghany, ojciec powiedział mi: Nie pozwalam ci pokazywać afrykańskich dzieci ze spuchniętymi brzuchami, jak robi to UNICEF. Nie pozwalam ci pokazywać takiej Afryki, bo to godzi w dumę jej mieszkańców. To podejście jest mi bliskie, choć jest to prawdopodobnie trudniejsza droga, bo zdjęcia wzbudzające litość przyciągają więcej pieniędzy. Ale jestem też zbyt dumna, żeby tamtą rzeczywistość przedstawiać w brutalny sposób.

 

Porozmawiajmy więc jeszcze o budowie. Na jakim jest etapie?

Budynek stoi, jest naprawdę ogromny. Szukamy partnera, który ufunduje okna i drzwi, następne są podłogi, a na koniec meble do klas. Całość chciałabym sfinalizować wiosną 2020 roku, tak żeby dzieci mogły zacząć naukę w nowej szkole po letnich obozach. Taki projekt, jak nasz w Temie, wymaga ogromnej dyscypliny finansowej i oglądania każdej złotówki z kilku stron, zanim się ją wyda. Dotychczas udało się nam zebrać pół miliona złotych i te fundusze zostały już spożytkowane. Prawdopodobnie przekroczymy budżet, bo jak przy każdej budowie, kosztorys nie uwzględnia niespodzianek (śmiech). Nadal szukamy pieniędzy, ale jesteśmy już na ostatniej prostej. Gorąco zachęcam do śledzenia relacji na stronie fundacji i na moim Instagramie.

Omenaa Mensah
Fot. Vanessa mensah

Uruchomiła Pani platformę crowfoundingową Omenaa.pl. To raczej nie jest standardowy sposób zbierania pieniędzy w Polsce…

Z wykształcenia jestem ekonomistką, skończyłam też studia z zarządzania i to mi bardzo pomaga w szerszym, właśnie biznesowym, podejściu do prowadzenia fundacji. To tak jak z miłością – jeśli dobrze w nią inwestujemy, dbamy o nią, to ona jest, a jeśli tego nie robimy „interes” pada. Tak samo jest w ekonomii. Dodajmy, że projekt w Ghanie jest o tyle trudny, że choć Polska jest obecnie w gronie 25 najszybciej rozwijających się gospodarek świata, wciąż pokutuje w nas przekonanie, że to nam trzeba pomagać. Na początku mojej działalności słyszałam więc wiele zarzutów o to, że szkołę buduję w Afryce, a nie w Polsce. Wciąż mnie pytano: Dlaczego tam? Musiałam się z tym zmierzyć, ale mimo tych niezbyt przychylnych komentarzy absolutnie się nie zniechęcałam. Wiedziałam, że oryginalny projekt musi być realizowany poprzez oryginalne pomysły, stąd środki na budowę płyną z różnych moich biznesów, ale także od partnerów, którzy nas wspierają i dla których tworzymy dedykowane projekty.

 

Jednym z partnerów fundacji jest firma Rossmann, która angażuje się w wiele projektów społecznych i charytatywnych…

Tak. Długo zastanawialiśmy się, jaka formuła współpracy byłaby najodpowiedniejsza. W międzyczasie zobaczyłam reklamę czekolad E. Wedel, do których surowiec – kakao – pochodzi właśnie z Ghany, i pomyślałam, że to nie może być przypadek. I że muszę tę zbieżność geograficzną pozytywnie i konstruktywnie wykorzystać (śmiech). W ubiegłym roku udało się firmę E. Wedel pozyskać do projektu budowy szkoły. Kolejnym krokiem było zaangażowanie w pomoc firmy Rossmann. Jestem głęboko przekonana, że po wyjątkowe rzeczy muszę sięgać do wyjątkowych marek, czyli takich, które są odważne, realizują niesztampowe kampanie, wchodzą w projekty oryginalne i ciekawe. Rossmann się do nich zalicza, bo przecież z własnej inicjatywy robi bardzo wiele dobrego dla dzieci. Bardzo mnie cieszy, że udało się połączyć tak znaczące marki jak Rossmann i E. Wedel w wyjątkowym, szczytnym celu. I już dziś, niezależnie od końcowego efektu akcji, jestem bardzo szczęśliwa i bardzo dziękuję. Zdradzę, że Czekotubki E. Wedel, które od września są bohaterem naszej akcji, okazały się hitem w Ghanie. Dzieciaki się nimi zajadały!

Rossmann, Czekotubki E.Wedel

Fundacja pomaga nie tylko w Ghanie…

Drugi filar naszej działalności to propagowanie tolerancji w Polsce. To dziś temat bardzo aktualny, ale problem istnieje od lat. Najnowszym i chyba największym projektem w ramach Ambasady Tolerancji jest sztuka teatralna. Dochód z premiery i sprzedaży biletów zasili konto budowy szkoły.

 

Spektakl to dla Pani zupełnie nowe doświadczenie, prawda?

Na pomysł tego sprytnego połączenia dwóch kierunków działania fundacji wpadłam trzy lata temu. I tylko z pozoru wydaje się karkołomny, bo gdy uświadomimy sobie, że budow z polskich środków szkoły w Afryce to wielki gest tolerancji, wszystko zaczyna się łączyć. Sztuka jest skierowana w dużej mierze do osób, które mają wątpliwości co do słuszności takich inicjatyw jak nasza, w Ghanie, a może nawet patrzą z niechęcią na projekty dedykowane Afrykańczykom. Ze spektaklu powinni wyjść z przekonaniem, że jeśli nie angażują się w projekty społeczne, to tak naprawdę nie są tolerancyjni. Z drugiej strony sztuka jest jak najbardziej dla osób tolerancyjnych – będzie to komedia, bo uważam, że poważne tematy warto pokazywać w sposób lekki, nienachalny, z przymrużeniem oka.

 

Kto wystąpi w sztuce i kiedy będzie można ją zobaczyć?

Zacznę od obsady, bo udało nam się pozyskać fenomenalnych aktorów – począwszy od dwojga reżyserów, czyli Ewy Kasprzyk i Olafa Lubaszenki. Ewa Kasprzyk wcieli się dodatkowo w jedną z bohaterek sztuki. Oprócz niej w sztuce wystąpą Katarzyna Glinka, Patricia Kazadi, Stefano Terazzino, Piotr Zelt, Bartosz Obuchowicz, Lesław Żurek czy Damian Kulec. Premierę planujemy na 23 stycznia 2020 roku w warszawskim Domu Kultury Świt, ponieważ akcja sztuki rozgrywa się właśnie w domu kultury. Dochód ze spektakli wspiera fundację, która jest też właścicielem pomysłu. Po premierze sztukę będzie można oglądać na deskach Świtu, ale jedziemy z nią w Polskę i dalej. Mamy już zarezerwowane terminy w Londynie, Dusseldorfie i w Nowym Jorku.

 

Imponujący rozmach.

Powiem tak: produkcję rozpoczęliśmy jeszcze w ubiegłym roku i jeśli wszystko się uda, będzie to naprawdę duża rzecz. Na tym nie koniec, bo zdradzę, że w przyszłości zamierzam pójść jeszcze dalej. Dzisiaj nie podam więcej szczegółów, ale zapewniam: będę sięgać gwiazd (śmiech).

 

Zatem czekamy na rozwój wydarzeń. A czy w ferworze pasji znajduje Pani czas na odpoczynek?

Jestem bardzo dobrze zorganizowana (śmiech). I kiedy odpoczywam, to naprawdę odpoczywam, a najlepiej w gronie rodzinnym. Właśnie wróciliśmy z dwutygodniowych wakacji na Karaibach, było naprawdę super. Ale kiedy jestem w Warszawie, to pracuję.

 

Ostatnio świętowała Pani okrągłe urodziny. Było hucznie?

Mój ukochany sprawił mi niespodziankę, której się kompletnie nie spodziewałam. Zorganizował wielką imprezę, zaprosił ponad 200 osób, moje koleżanki i kolegów. Był występ Nicka Sincklera, a co najważniejsze mój ukochany, który na studiach dorabiał jako DJ, przygotował dla mnie występ. Kiedyś dostał ode mnie na swoje urodziny konsolę DJ-ską, sprzęt do miksowania, ale jako bardzo zajęty człowiek, niespecjalnie miał czas, żeby ćwiczyć. Przed moją urodzinową imprezą zmobilizował się i przez dwa miesiące trenował. Kiedy go zobaczyłam na scenie za konsolą, po prostu mowę mi odjęło. Zrobił na mnie wrażenie! Było super!

 

A czy była okazja do urodzinowego podsumowania? Takiego okolicznościowego bilansu?

Myślę, że jeśli człowiek budzi się rano i jest zadowolony, to jest najlepszy wyznacznik jakości jego życia. Gdyby mi ktoś 15 lat temu powiedział, że będę prowadziła fundację, która działa w Afryce, i że będę tak szczęśliwa, ponieważ pomagam innym, nie uwierzyłabym mu. Nie sądziłam, że da mi to aż tak wiele radości i satysfakcji. Wiem, że trzeba się starać, trzeba o ten stan dbać, ale nagrodą jest to miłe uczucie o poranku, że jest się we właściwym miejscu. Ja tak właśnie mam i chcę, żeby to trwało. ♥

Omenaa Mensah
Fot. Vanessa Mensah