fot. Yuliya Yafimik/Shutterstock

Kosmetyki vege: Naturalnie, że naturalne!

Obecna moda na kosmetyki naturalne często wywodzi się z lat 60. i 70., kiedy to amerykańscy hippisi zaczęli sobie robić maseczki z ogórka. To jednak moda stara jak świat, nasze prababcie robiły to samo.

Redakcja „Skarbu” poprosiła, bym zbadała, co jest lepsze, skuteczniejsze: kosmetyki naturalne czy syntetyczne? Jak się przekonałam – prostej odpowiedzi nie ma.Zwykle uważamy, że to, co „naturalne”, nie jest w stanie zrobić nam krzywdy. Po prostu jest zdrowe. No dobrze, ale w naturze występuje przecież wiele roślin, które nie tylko mogą nam zaszkodzić, ale wręcz nas otruć. Weźmy taką Katarzynę Medycejską, która przeszła do historii jako słynna trucicielka...Nie jest też tak, że naturalne składniki nie uczulają. Kochamy produkty naturalne np. za piękny zapach, ale wiele z nas ma alergię na pewne olejki eteryczne.
To dlatego preparaty dla alergików zwykle nie pachną, nie zawierają również barwników.
Nie ma też żadnych przepisów definiujących, co jest „naturalne”. Mogą to być produkty zawierające składniki roślinne, mineralne, ale także odzwierzęce. Powinny one jednak pochodzić od zwierząt żywych, być im niejako „podkradane”, bez czynienia szkody. Chodzi o lanolinę, miód i woski pszczele czy też proteiny mleka. Dlatego ortodoksyjni weganie, restrykcyjnie przestrzegający zasady zero produktów odzwierzęcych, powinni szukać na opakowaniach logo Vegan Society, brytyjskiej organizacji certyfikującej produkty wolne od składników zwierzęcych. Takie logo posiada m.in. dostępna w sklepach Rossmann marka Alterra.
Ponadto kosmetyki naturalne nie powinny zawierać składników pochodzenia petrochemicznego jak wazelina czy PEG.

Naturalne czy organiczne

Bardziej rozsądnie jest stosowanie określenia kosmetyki „organiczne”, bo ich produkcję regulują liczne przepisy. Takie kosmetyki powinny być m.in. zrobione ze składników wyprodukowanych bez syntetycznych nawozów i pestycydów oraz składników niemodyfikowanych genetycznie.
Wyhodowane „bez chemii" – np. nienawożone osadami ściekowymi – rośliny bez dwóch zdań są dla nas zdrowsze (choć takie składniki mogą się równie dobrze pojawiać się w recepturach kosmetyków zawierających także składniki syntetyczne).
Należy pamiętać, że „wartość kosmetyczna” takich roślin, np. jakość czy stężenie jej składników aktywnych, jest w pewnej mierze uzależniona od humoru pogody: temperatury czy opadów. W przypadku składników wyprodukowanych w laboratoriach takich problemów nie ma: producent zawsze wie, co wkłada do swojego kremu.
Wiele z nas wierzy, że jak coś jest naturalne, to nie zawiera konserwantów czy emulgatorów. Nieprawda. Kosmetyki naturalne także nie mogą obejść się bez konserwantów, choć są to zazwyczaj składniki spożywcze i roślinne (także certyfikowane).
Na szczęście jest wiele organizacji przyznających certyfikaty organiczności, jak – chyba najbardziej popularne w Europie – francuski EcoCert czy szacowna brytyjska Soil Association. Obie organizacje są ponadto zrzeszone w organizacji Cosmos, do której należy wiele narodowych instytucji certyfikujących (certyfikat organiczny oznacza, że produkt zawiera 95 proc. składników organicznych, a w przypadku certyfikatu naturalnego – 100 proc.).
Tyle, że spora część firm kosmetycznych, także w Polsce, nie stara się o takie logo,  np. z powodu zbyt wysokich kosztów. Czy to znaczy, że ich kosmetyki są mniej organiczne? Oczywiście, że nie.
W krajach rozwijających się takie certyfikaty mogą uchodzić za fanaberię bogaczy, choć często w tamtejszym rolnictwie nie stosuje się szkodliwej chemii, a w promieniu wielu kilometrów nie ma żadnego przemysłu.
Organiczne mają być same składniki kosmetyków. Ale one przecież zwykle nie wskakują prosto z pola do pudełka czy buteleczki, tylko są poddawane jakiejś obróbce. Niby ekokosmetyki powinno się produkować w tradycyjny sposób jak np.  za pomocą mielenia, ale w praktyce niezwykle trudno to sprawdzić. Zakazane jest także odkażanie przez napromienianie.

Tymczasem składniki aktywne m.in. czystych olejków roślinnych poddane obróbce cieplnej tracą wiele substancji odżywczych. I co z tym faktem począć?
Wiele najskuteczniejszych substancji aktywnych jest obecnie pełną parą produkowanych w laboratoriach.
Są wśród nich kwas L-askorbinowy (witamina C), peptydy albo retinoidy. Witamina C jest naszym sprzymierzeńcem w walce ze zmarszczkami, żeby jednak zadziałała, nie może się utleniać, a taką stabilna formę witaminy C można uzyskać praktycznie tylko w laboratorium.

Działanie i przenikanie

W kosmetykach liczy się też zdolność przenikania składników aktywnych w głąb skóry. Im mniejsza cząsteczka – tym wwierci się głębiej. Tymczasem wśród składników roślinnych dominują raczej cząsteczkowe giganty.
Może zatem czas odwołać się do autorytetów? I tu nie ma jednoznacznych odpowiedzi. – Choć kosmetyki organiczne dają sobie radę ze zwiększeniem funkcji obronnych skóry i ze zmniejszeniem transepidermalnej utraty wody, to istnieją problemy, którym kremy organiczne nie podołają – twierdzi w „50 mitach o urodzie” lekarz kosmetolog Tijna Orasmae-Meder. Zalicza do nich: starzenie się skóry czy przebarwienia. – Nawet jeśli chodzi o nawilżenie, kremy organiczne przegrywają z kremami zawierającymi zarówno kwas hialuronowy (nie jest organiczny), jak i peptydy. Z tego można wysnuć wniosek, że gdy jesteśmy młodsze, organiczne preparaty w zupełności nam wystarczą. Jednak gdy przybywa nam zmarszczek, dobrze jest sięgnąć także po mocniejszą, w tym wypadku syntetyczną, broń.
Nie brakuje mimo wszystko głosów, także wśród dermatologów, że naturalne jest równie skuteczne, tylko nieco dłużej trzeba czekać na efekty.
Jednego argumentu nie da się jednak tak łatwo zbić – produkcja naturalnych, organicznych składników jest lepsza dla środowiska. W ten sposób chronimy planetę dla przyszłych pokoleń. Zaraz, zaraz. Niedawno widziałam film o rajskich wyspach Indonezji – całe połacie lasów deszczowych poszły pod topór, by zrobić miejsce pod uprawę oleju palmowego. I czy naprawę ekologiczny jest transport egzotycznych maseł afrykańskich do takiej, powiedzmy, Europy? Tak po sąsiedzku to to nie jest. Ale z drugiej strony gdyby nie te masła, Afrykańczycy nie mieli by pracy…
Może zatem, jeśli chcemy żyć „odpowiedzialnie”, powinniśmy raczej sprawdzać, czy w naszych kosmetykach nie ma składników, których uprawa szkodzi przyrodzie? Część firm kosmetycznych zdecydowała się kupować olej palmowy certyfikowany przez WWF (World Fund of Nature), by mieć pewność, że został pozyskany w sposób przyjazny naturze.
Koniec. Rozbolała mnie głowa. A i tak nic nie zniszczy mojej miłości do organicznych kosmetyków (no dobrze, do syntetycznych także).

Słowniczek:

Kosmetyki naturalne  – zawierają składniki roślinne, mineralne oraz zwierzęce*. Co do zasady, kosmetyki naturalne nie powinny zawierać żadnych składników syntetycznych, jednak część organizacji certyfikujących dopuszcza ich niewielką ilość.

Kosmetyki organiczne – wg organizacji Cosmo powinny być przynajmniej w 95 proc. wyprodukowane ze składników naturalnych pochodzenia organicznego, a więc np. z kontrolowanych upraw. Określane również mianem „bio”.

Cruelty free – tak określa się kosmetyki nietestowane na zwierzętach.

Kosmetyki wegetariańskie – kosmetyki niezawierające produktów odzwierzęcych (kolagenu, elastyny, keratyny, lanoliny,witamin pozyskiwanych z ryb itp.).

Kosmetyki wegańskie – to kosmetyki wegetariańskie, które w swym składzie nie mają również miodu, wosku ani pochodnych mleka.

Tekst: Aleksandra Zawalich