fot. Shutterstock

Umiejętne tuszowanie... Historia cieni do powiek

Podkreślają naturalne piękno oka, wabią, fascynują, pogłębiają spojrzenie. Umiejętnie położone na powiekach potrafią zatuszować niedoskonałości.

Pierwsze znane ludzkości cienie do makijażu oczu używane były przez mieszkańców starożytnego Egiptu. Była to czarna, lepka mieszanka składająca się głównie z ziół, pokruszonego malachitu, ochry, spalonych migdałów i popiołu.

Egipcjanie, tak kobiety, jak i mężczyźni, nakładali tę maź, często określaną jako kohl, grubą warstwą na powieki, a z okazji świąt religijnych malowali precyzyjne, przedłużone kreski zmieniające kształt oka, co zbliżało ich mentalnie do boskich istot od czasu do czasu pojawiających się wśród śmiertelników.
Podobnych mieszanin używali także nomadzi z plemion koczowniczych, jednak oni raczej w celach medycznych – miały chronić oczy przed pustynnymi wiatrami, dziś powiedzielibyśmy: zapobiegać zapaleniu spojówek.

Egipcjanie, którzy odkryli upiększającą moc cieni, przechowywali je w specjalnych pojemnikach wraz z patyczkiem do malowania i wzornikiem, który przykładało się do oka, żeby uzyskać pożądany wzór. Idealne oko w tamtych czasach musiało mieć migdałowy kształt, a grube, wyraźne kreski nadawały mu tajemniczego wyglądu.

fot, Shutterstock

W poszukiwaniu koloru

Przewrotu w makijażu oczu dokonały mieszkanki starożytnej Grecji. Czarny kohl był im znany, jednak nie wystarczał. Intensywne barwy kwiatów dookoła, nasycony błękit nieba i morza sprawiały, że Greczynkom chciało się czegoś kolorowego. Używały więc mieszanek, w których skład wchodziły naturalne barwniki roślinne, pokruszony chryzolit, lapis-lazuli, zmielone na proszek kamienie półszlachetne. Powieki mieniły się i wyglądały jak obsypane brokatem. Gama kolorystyczna była bogata, acz niepełna: z dostępnych minerałów i ziół udawało się uzyskiwać przede wszystkim rozmaite odcienie zieleni, niebieskości i fioletów.

W starożytnym Rzymie produkty do makijażu przywożone z odległych krain były drogie. Dla mniej zamożnych Rzymianek robiono więc cienie do oczu z lokalnych ziół, pokruszonych minerałów i suszonych kwiatów wymieszanych z tłuszczem. Kobiety stosowały wtedy makijaż głównie dla podkreślenia urody, natomiast mężczyźni, którzy też malowali oczy, robili to dla ochrony przed złymi mocami – pomalowane oko potrafiło bowiem odbić urok.

Japonki po wiekach malowania czarnych kresek wymyśliły sobie cienie składające się z mąki ryżowej i barwników pozyskiwanych z kwiatowych płatków. Gdzieś około XI wieku n.e. na ich powiekach zagościły czerwienie i rozmaite odcienie różu.

Cień idealny

Co ciekawe, nawet w czasach, gdy makijaż nie był akceptowany, a także wówczas, gdy (np. podczas wojen) trudno było o kosmetyki, kobiety na całym świecie starały się upiększyć oczy. Stosowały w tym celu np. nadpalony korek lub mieszały spalone drewienka z wazeliną. Dziś trudno to sobie zapewne wyobrazić, jednak ta dbałość o urodę wbrew wszelkim przeciwnościom jakoś wzrusza.

Prawdziwy przełom w makijażu oczu przyniosły dopiero lata 20. XX wieku, gdy przemysł chemiczny zainteresował się masową produkcją kosmetyków. Helena Rubinstein, urodzona w Krakowie amerykańska bizneswomen, właścicielka salonów i twórczyni wielu linii kosmetycznych, zaczęła namawiać swoje klientki na makijaż wyrazisty, wręcz sceniczny. Moda ta się przyjęła, choć makijaż tamtych czasów przysparzał kobietom licznych problemów. Magazyny kobiece przez kolejne 30 lat systematycznie publikowały porady dotyczące zmywania i radzenia sobie z najczęstszymi niedogodnościami: cienie się kruszyły, utleniały, wałkowały, a te w kremie spływały, przez co całość szybko stawała się mało estetyczna.

Współczesna kobieta może się w tym kontekście czuć jak bogini. Dzisiejsze cienie nie niszczą skóry, są delikatne, można je dostać w dowolnym kolorze, mogą być, wedle życzenia, mniej lub bardziej intensywne, lekkie bądź ciężkie, połyskujące albo matowe. Każda z nas znajdzie swój ideał.

Tekst: Aneta Radziejowska